Rozmowa z Katarzyną Górniak, dziennikarką, absolwentką dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim (plus dwa lata filologii rosyjskiej tamże), reporterką Faktów TVN
Nigdy nie pomagam rzeczywistości. Bez mojej ingerencji jest wystarczająco ciekawa
Jak powinno brzmieć pierwsze pytanie zadawane przez dziennikarza dziennikarzowi?
Czy wiesz coś, o czym ja nie wiem, skąd to wiesz i dlaczego ja o tym nie wiem :)
Nie jestem dziennikarką, w takim razie zadam pytanie z cyklu ab ovo: kiedy uświadomiła sobie Pani, że chciałaby zostać dziennikarzem? Nie jest to marzenie z rejestru dziecięcych wyobrażeń o przyszłości…
Mama chciała zrobić ze mnie stomatologa, a rozsądek zawsze podpowiadał mi studia prawnicze. Ale dziennikarstwo, które traktowałam jako zaglądanie w ludzkie życie, podskórnie wydawało mi się ciekawsze, niż zaglądanie im w zęby :) Wtedy utożsamiałam je z pisaniem. Mądrym człowiekiem, który podróżuje, poznaje, a później pisze i uczy swojego czytelnika. Zaczytywałam się w reportażach „Dużego Formatu”. Sama zawsze dobrze pisałam, gdzieś w gimnazjum „wypisałam” sobie nagrodę w moim pierwszym konkursie dla młodych dziennikarzy. Potem były kolejne – i decyzja, że to właściwie dobra droga, to pisanie. Dopiero kiedy na studiach trafiłam na staż do telewizji – wsiąkłam. I tak zostało do dziś.
Te kolejne wyróżnienia, to choćby najwyższe miejsca i nagrody w Turnieju Reportażu dla Szkół Ponadgimnazjalnych organizowanym pod patronatem „Gazety Wyborczej”, na przykład w 2005 roku, gdy była Pani uczennicą drugiej klasy Liceum. Można więc tylko podziwiać konsekwencję i zapał. A co należy zrobić, by w końcu znaleźć się w gronie profesjonalistów albo otrzymać angaż w dużej sieci telewizyjnej? Inaczej mówiąc: jakie warunki trzeba spełnić, by zacząć pracować?
Znam przypadki zarówno weterynarza, który zawziął się i ciężko pracował, by zostać dziennikarzem, jak i ładnych buź, które po prostu wygrały casting na prezentera. Złota metoda leży pewnie gdzieś pośrodku – trzeba mieć zarówno dobry warsztat i umiejętności, jak i „to coś”. W moim przypadku zaczęło się prozaicznie i zupełnie „po bożemu” – od studenckiego stażu. Jako „ryś”, co jest żartobliwym zdrobnieniem od researchera (czyli dokumentalisty) i stanowi najniższy szczebel w dziennikarskiej karierze, robiłam całe mnóstwo roboty, za którą rzadko słyszy się „dziękuję”. Wykonałam setki telefonów w poszukiwaniu rozmówcy idealnego dla starszych kolegów i nie przespałam dziesiątek nocy, by nawet o trzeciej rano wiedzieć o wszystkich wypadkach i pożarach w okolicy. A po pracy… siedziałam dalej w pracy, żeby zmontować wreszcie własny, wyczekany materiał.
O początku zawodowej drogi decyduje przekonanie dziennikarza, że jest gotów zrobić (lub zrobił) dobry materiał, czy przypadek?
Powiedziałabym, że połączenie obydwu. Można być bardzo pewnym swoich umiejętności, ale kiedy główny rozmówca nagle się wycofuje, operator zapomina włączyć kamerę, a temat na miejscu okazuje się zupełnie inny, niż wydawał się jeszcze w redakcji, nawet najlepszy dziennikarz nic z tego nie zrobi. Jak już „nie idzie”, to nie idzie na całego. Ale z mojego doświadczenia wynika też coś zupełnie odwrotnego. Będąc przez tydzień na Krymie, rok po aneksji półwyspu przez Rosję, nagrałam wiele umówionych wcześniej rozmów. Poprawnych. Jednak najpiękniejsza historia znalazła mnie sama. Starsza pani, przez przypadek zagadnięta na głównym placu Symferopola, okazała się najlepszym rozmówcą. Zaprosiła nas do domu, od serca nakarmiła i to ona najlepiej, najprostszymi słowami, wyjaśniła, co gra w duszy mieszkańca Krymu. Ale w takich właśnie sytuacjach trzeba mieć intuicję i umiejętności, żeby ten przypadek umieć przekuć na dobry reportaż.
Który z momentów w Pani dziennikarskiej biografii był w takim razie właściwym lub spektakularnym początkiem?
Pierwszy kamień milowy w mojej karierze właściwie sam pojawił się na mojej drodze. W lipcu 2012 roku polecono mi zrobić materiał o wakacyjnej pracy. Wtedy na stałe pracowałam jeszcze we wrocławskim ośrodku TVN24 jako reporterka programu interwencyjnego. Do Warszawy przyjechałam tylko na kilka tygodni, na „gościnne występy”. Byłam młoda, nikomu nieznana. Pojechałam więc nad Bałtyk i zatrudniłam się w smażalni ryb. Przez kilka dni, które tam przepracowałam, udało mi się nagrać tyle przykładów restauracyjnych oszustw, że o reportażu przez tydzień mówiła cała Polska. To ten materiał otworzył mi drzwi do kariery w Warszawie. Na sukces złożyło się kilka czynników – trochę przypadek, bo przypadkiem znalazłam miejsce, w którym bez żenady sprzedawano klientom zepsute jedzenie, a trochę okoliczności – w tamtym czasie bowiem w kraju nie działo się nic ważnego, materiałowi więc udało się przebić. Mnie natomiast udało się te wszystkie, bardzo nieapetyczne, procedery restauratorów podać w na tyle apetycznej formie, że reportaż trafił do świadomości wielu, wielu ludzi.
… I był to chyba pierwszy od lat tak gorąco polecany wszystkim przez wszystkich reportaż, o czym mówię z autopsji.
Drugi mój zawodowy przełom zawdzięczam już tylko sobie (i może jeszcze zaufaniu mojego szefa). O reportażu „Żołnierze, którzy nie istnieją” koledzy po fachu mówią, że ma szanse na najważniejszą polską nagrodę dziennikarską – Grand Press (zobaczymy w grudniu). Pod koniec ubiegłego roku udało mi się przekonać szefa do pomysłu dokumentu o zawodowych rosyjskich żołnierzach, którzy walczą i giną na Ukrainie. W tamtym czasie Władimir Putin kategorycznie zaprzeczał, jakoby w konflikcie na wschodzie tego kraju miał brać udział choć jeden rosyjski żołnierz. Jednocześnie w Europie, zwłaszcza w Polsce, narastał strach przed tym nieobliczalnym, potężnym krajem, a kontynent pierwszy raz od zakończenia zimnej wojny zaczął poważnie obawiać się konfliktu zbrojnego na wielką skalę. Jeszcze na studiach dziennikarskich doszłam do wniosku, że to nie zachód, a wschód Europy może być kiedyś ciekawy z punktu widzenia reportera, dlatego zaczęłam uczyć się rosyjskiego i interesować tym krajem. Kiedy szef dał mi wolną rękę, pojechałam na 10 dni do Rosji. Razem z operatorem kamery (skądinąd bardzo zdolnym) pokonaliśmy prawie 6 tysięcy kilometrów w poszukiwaniu matek, babć i znajomych żołnierzy, którzy zginęli na Ukrainie. Udało się. Ten półgodzinny dokument doprowadził mnie tu, gdzie jestem teraz, czyli do redakcji, w przekonaniu wielu i rzecz jasna moim – najlepszego programu informacyjnego w kraju, czyli Faktów TVN, gdzie jestem częścią fantastycznego zespołu reporterów.
Od czasu tego reportażu stała się Pani specjalistą od dłuższych form. Potem tematami były Krym, Grecja, Estonia, Węgry… Co jeszcze udało się zrobić?
O ile pierwsza połowa tego roku była zdominowana zdecydowanie tematem zagrożenia ze strony Rosji, o tyle druga połowa to już fala uchodźców i imigrantów zalewająca Europę. Mnie również było dane relacjonować te wydarzenia, jednak nie od strony czysto informacyjnej, a po mojemu – czyli bardziej… po ludzku. Nie ma dla mnie nic bardziej fascynującego, niż poznawanie poprzez rozmowę. Rozmowę dwóch równych sobie, ciekawych siebie nawzajem ludzi. Taka rozmowa, w czasach błyskawicznej informacji i natłoku tematów staje się, z czego bardzo się cieszę, moim znakiem rozpoznawczym. Uważam, że tak właśnie powinniśmy zgłębiać temat uchodźców i imigrantów, który rozpala dziś spory w Polsce. Zobaczyć, usiąść, pogadać. Wiele takich rozmów przeprowadziłam, w Grecji, Austrii czy na Węgrzech spotykając ludzi miłych i normalnych. Ale wiem, że dziś wielu ponad takie, również moje, relacje przedkłada plotki wygrzebane w Internecie i stereotypy podszyte lękiem i nienawiścią. Niestety.
Ale też treść i forma licznych relacji o uchodźcach bywa efektownie niepokojąca… Zapytam więc niejako poza, ale i „w kontekście” o sprawę chyba ważną – o etykę dziennikarską. Jakiej granicy nigdy nie przekroczyłaby Pani w dziennikarskim opisywaniu świata?
Nigdy nie pomagam rzeczywistości. Bez mojej ingerencji jest wystarczająco ciekawa. Nie ulepszam, nie podrasowuję tego, co zobaczę i usłyszę. Przenigdy nie przełożyłabym, mówiąc obrazowo, kamyka, żeby sterta kamieni wyglądała lepiej w kadrze kamery. Nigdy nie zrobiłabym nic, by świadomie zaszkodzić mojemu rozmówcy. Zawsze jestem w zgodzie ze sobą. Po prostu.
Reportażowi jest Pani wierna od czasów gimnazjalnych. A nie kusi Pani na przykład felieton, dający – z definicji – więcej okazji do „obecności” autora, subiektywizmu, zabawy tematem?
Gatunki dziennikarskie już dawno nie wyglądają tak, jak chcieliby je widzieć teoretycy. Nawet niektóre newsy bywają po trosze felietonem, bo im bardziej znany, doświadczony dziennikarz, tym bardziej jego materiał naznaczony jest jego własnym stylem i osobowością. W czasach, kiedy informacja jest towarem, ulega tak jak towar – personalizacji. Dlatego choćby gazety mają swoje linie redakcyjne i dlatego też jedni czytują „Politykę”, a inni „W Sieci”. Ale tu już dochodzimy do polityki, która interesuje mnie bardzo umiarkowanie. Tak jak zresztą nie interesuje mnie wynoszenie własnej osoby ponad bohaterów moich reportaży. To ludzie mają mówić, ja tylko słucham. Gdybym nie chciała słuchać, a mówić, zostałabym… No właśnie – politykiem.
… I dlatego życzę sukcesów w zawodzie dziennikarza, nagrody Grand Press i kolejnych narracji o naszym pełnym rzeczy do zauważenia świecie.